Rozmowa z Błażejem Kuklą

artykuł rozmowa z Błażejem Kuklą

Z reżyserem dźwięku, twórcą wydawnictwa Fonopolis rozmawiałem o pasji do słowa mówionego, pracy nad audiobookami i tym co można sobie sprawić zamiast drogiego samochodu.

Zacznijmy od początku. Jak wybrać tę jedną książkę, z pośród tysięcy wydawanych każdego roku, nad którą spędzi się miesiące pracy, aby w finale powstał audiobook?

Audiobook to potężne przedsięwzięcie finansowe. Samo nagranie kosztuje od dwunastu do piętnastu tysięcy złotych, przy uznanym nazwisku autora i dobrym, rozpoznawalnym aktorze czytającym tekst. Gdy zatrudnimy mniej znane nazwisko, możemy zejść do dziesięciu tysięcy złotych.
Porównując to do kosztów wydania książki: składu, redakcji, korekty, okładki – razem cztery tysiące złotych, oczywiście nie licząc wynagrodzenia autora. Za tę kwotę mamy książkę gotową do wysłania do drukarni.
Opłaca się robić słuchowiska dla książek, których sprzedaż wyniosła powyżej stu tysięcy egzemplarzy. A tych podejrzewam jesteśmy w stanie doliczyć się na palcach jednej, może dwóch rąk. Wybór nie jest tak szeroki, jakby się zdawało.

Fonopolis wraz z wydawnictwem superNOWA nagrywa słuchowiska, czyli audiobooki z podziałem na role. Gdy tytuł jest już wybrany. (Teraz nagrywacie „Króla Leara”). Trzeba usiąść i dobrać obsadę. Jak przyporządkować głos – konkretnej postaci?

Mam akurat to szczęście, że mogę pracować: po pierwsze z reżyserem Januszem Kukułą, a po drugie z kierownikiem produkcji Beatą Jankowską. Oboje mają olbrzymie doświadczenie w pracy z głosami. W teatrze radiowym, w dubbingach. Gdy w tekście pojawia się taka oto postać: chudy mężczyzna, trzydzieści lat, a na dodatek łysy –  wystarczy tylko zapytać. Beata z miejsca poda konkretne nazwisko aktora pasującego do roli – i to najczęściej jest trafny wybór.

Ja wyobrażałem sobie, że istnieją jakieś bazy głosów lektorskich, a tu okazuje się, że wszystko siedzi w głowie…

Tak, to po prostu kwestia doświadczenia. Janusz Kukuła ma za sobą ponad pięćdziesiąt lat pracy w radio. Z różnymi aktorami. On od razu wie, kto powinien zagrać daną rolę. Podobnie jak to jest z reżyserami filmowymi. Czytają scenariusz i już na tym etapie widzą konkretnych aktorów. Podam przykład: „Król Lear” – to Krzysztof Gosztyła. Według nas nikt inny nie byłby lepszy do tej roli. Oczywiście ile osób, tyle opinii. Ale dla nas udział Krzysztofa Gosztyły był ważny do tego stopnia, że decyzja o rozpoczęciu pracy zależała od jego zgody na współpracę. Drugą, szalenie istotną decyzją reżysera było namówienie Mariana Opani, do zagrania roli błazna. Zależało nam na wykreowaniu postaci doświadczonego, mądrego życiowo mężczyzny. To miało zasadnicze znaczenie i wpływ na odbiór całego dzieła.
Udało mi się też namówić Łukasza Targosa, który zgodził się napisać muzykę do całego przedsięwzięcia. Bardzo się cieszę z tego, że się zgodził. Mam nadzieję, że wyjdzie z tej współpracy coś ciekawego. Łukasz jest jednym z najbardziej doświadczonych kompozytorów muzyki filmowej. A teraz zgodził się zmierzyć ze słuchowiskiem.
To jaki kształt przyjmie ostatecznie słuchowisko, zależy przede wszystkim od reżysera. Ale z drugiej strony, każdy aktor zostawia w studio jakąś część siebie. Oczywiście istnieje dialog pomiędzy reżyserem a aktorem. Ale tak na dobrą sprawę, to aktor tę rolę kreuje tak jak ją sobie wyobraża. Inny, obsadzony na jego miejscu, zagrałby inaczej.

Czy aktorzy przygotowują się do roli? Obserwując ich pracę miałem wrażenie, że przychodzą do studia i z marszu zaczynają czytać.

Różnie. Na przykład Krzysiek Banaszyk – to jest już jego szósty Wiedźmin. On od dawna wie, o co w tym wszystkim chodzi. Ale na przykład do „Króla Leara” przygotowania i próby trwały długo. Krzysztof Gosztyła zdradził mi, że nad sceną – w której umiera Lear – pracował osiem dni. Siedzieli wraz z Januszem Kukułą w mieszkaniu i ćwiczyli. Nagranie to efekt olbrzymiej pracy aktorów i zgromadzonego wcześniej doświadczenia. Dotąd zrobiliśmy całą Trylogię Husycką, potem nagraliśmy opowiadania wiedźmińskie, teraz „Krew Elfów” i „Sezon Burz”.

Fenomen książek Andrzeja Sapkowskiego – to raczej czas moich rówieśników. A jak starsze pokolenie aktorów podchodzi do takiej literatury, zna ją?

Nie. Ale chwalą język. Dzisiaj rzadko można trafić na książki autora posiadającego taką wiedzę i dysponującego takim warsztatem pisarskim. Aktorzy mówią, że to jest bardzo dobrze napisany tekst i to się po prostu dobrze czyta. A – podkreślmy – mówią to ludzie, którzy mieli do czynienia z wybitnymi tekstami, którzy zęby zjedli na ich interpretacji. To jest świetna literatura, wystarczy – tworząc słuchowisko – tego nie zepsuć.

Wydawnictwa, drukujące książki na papierze, nie chwalą się swoimi audiobookami.

Tak, bo rynek audiobooków jest tak naprawdę mały. Nie mamy się co oszukiwać. Liczba odbiorców jest skromna.

To dziwne. W sieci napotykam artykuły głoszące rozwój tego segmentu. Według nich, z roku na rok, sprzedaż książek mówionych rośnie. Ale ja, odwiedzając księgarnie, nie widzę zalewu nowych tytułów.

To zależy od tego, kto się wypowiada. W moim odczuciu nie ma takiego wzrostu, jakiego by sobie wszyscy życzyli. Wręcz, w ostatnim czasie, wiele wydawnictw wstrzymuje nowe tytuły.Trzeba pamiętać, że liczba odbiorców takiego przeciętnego audiobooka liczy się w tysiącach. Dwa, trzy tysiące – to średnia sprzedaż na płycie CD. Od czasu do czasu zdarza się bestseller, który sprzeda się w granicach dziesięciu, dwunastu tysięcy. Nie liczę tak zwanych insertów – bo to jest psucie rynku. Dla mnie miarą tego, czy tytuł jest dobry czy zły, jest to jak radzi sobie w normalnej sprzedaży. Dla książek drukowanych – jeśli ktoś chce porównywać – mówimy o sukcesie, gdy zostanie sprzedanych parędziesiąt tysięcy egzemplarzy. Ja nie słyszałem, w żadnej rozmowie, o audiobooku cieszącym się takim powodzeniem.

Zapewne nie pomaga też to, że temat ten w zasadzie nie istnieje w mediach.

Nie mówi się o tym i nie pisze, podobnie zresztą jak nie mówi się i nie pisze o książkach. Ten rynek rozwija się za plecami – po kątach. My z wydawnictwem SuperNowa próbujemy się przedrzeć z Sapkowskim. Teraz zaryzykowaliśmy z „Learem” – zobaczymy jak słuchacze to przyjmą. Zrobiliśmy też „Królewnę Śnieżkę” wraz z zespołem De Mono.

„Królewny Śnieżki” jeszcze nie słyszałem.

To, w moim zamierzeniu, jest takie nowe podejście do bajek. Irytowało mnie, że mając małe dziecko, jestem skazany na produkty bajkopodobne. Takie, w których ludzie tłuką coś na keyboardach – efekt jest taki sobie. A mnie zależało na tym, żeby słuchać z dzieckiem również dobrej muzyki. Zaprosiłem zespół De Mono – ludzi którzy się na tym znają.
Nasze dzieci to przecież tabula rasa. To co my im pokażemy – zostanie w nich na całe życie.

Zgadzam się z tym całkowicie. Sam byłem wychowywany na bajkach puszczanych mi przez rodziców z płyt winylowych.

Dokładnie! To były nagrania świetnej jakości. Muzykę pisali wybitni polscy kompozytorzy. Wykonywały ją orkiestry symfoniczne. To była świetna jakość. A teraz, w pogoni za kosztami, stuka się na keyboardzie – brzmienie jest katastrofalne. To jest kłopot i efekt specyfiki rynku – jest bardzo niszowy.
Sprzedaż książek spada, ludzie nie czytają. Wszyscy mamy coraz mniej czasu. A audiobook jest przecież jakimś rozwiązaniem. Niestety głównie dla tych, którzy już wcześniej czytali. Jeśli ktoś ma potrzebę kontaktu z literaturą, to prędzej czy później nas znajdzie. Argument, że bez szelestu kartek się nie da, jest delikatnie mówiąc szalony. Jeśli nauczymy dzieci czytania, kontaktu z książką – to w przyszłości zaprocentuje. Gdy nie będą miały czasu czytać – będą słuchać. Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Albo nie…

Albo nie, i wtedy takiego dorosłego nie przekonamy. Audiobooki jednogłosowe są pomysłem na lekturę dla osób zapracowanych. Natomiast to co my tutaj próbujemy robić – to są słuchowiska. A tych się już nie tworzy. Miejsc gdzie się je nagrywało – rozgłośnie radiowe – już nie ma. Zostało tylko Polskie Radio, które jeszcze próbuje walczyć.

Ale też nie ma pieniędzy.

Ilość słuchających osób spada. Więc automatycznie spada też ilość produkcji. Dlatego tak ważny jest kontakt ze słuchaczami, na przykład poprzez nasz serwis. Możemy ich pytać i słuchać odpowiedzi. Stąd też te wszystkie akcje, konkursy: na fonorolę, fonodedykację; Nikt inny tego nie robi. Wiedźmin – czyli Krzysiek Banaszyk – może przeczytać dedykację dla słuchacza, od bliskiej mu osoby. Mieliśmy wspaniałe życzenia. Ludzie piękne rzeczy potrafią napisać – niesamowite. Piszą dla żon, ojców, rodzeństwa; Dla nas ważny jest ten bezpośredni kontakt. Dystrybucję naszych słuchowisk prowadzimy tylko przez naszą stronę.

Dlaczego?

To co dzieje się teraz na rynku, rabaty – to prowadzi donikąd. To jest deprecjonowanie wartości książki, audiobooka. Wszyscy płaczą, że e-booki się nie sprzedają. A trzeba przypomnieć sobie jak trzy, cztery lata temu tytuły były rozdawane niemal za darmo.

Efekt jest taki, że ludzie mają na swoich czytnikach napchane po pięćset książek. Już tego nie są w stanie przeczytać w rozsądnym i przewidywalnym czasie.

Dokładnie. My „Wiedźmina” nigdy nie przecenimy. To ma być produkt dla słuchaczy – fanów. Staramy się o jak najlepszą jakość, wykonanie, estetykę – lepsze okładki. Nasz produkt nigdy nie trafi do koszy w supermarketach, wystawiony za dwa złote.
Klient, gdy widzi takie przeceny, myśli tak. – Ja poczekam, po co kupować dziś, za chwilę i tak cena spadnie do tych dwóch złotych. – To naturalne.

A jak pan ocenia pomysł – zaproponowany przez polskich księgarzy, a podpatrzony we Francji – polegający na ustawowym zamrożeniu ceny okładkowej na rok? Tak, aby żaden sprzedawca nie mógł obniżyć ceny, wprowadzić rabatu.

Dla mnie to jest trudny temat. Uważam, że problemem tkwi gdzie indziej. Zamrożenie ceny, to rozwiązanie zastępcze. Błąd polega na tym, że istnieje trzysta sklepów internetowych. Te trzysta sklepów robi między sobą wyścig rabatów, żeby przyciągnąć klientów najniższą ceną. Ja daję rabat dystrybutorowi po to, żeby mój audiobook dotarł do sklepów stacjonarnych. Ale w ramach tej samej marży, od tego dystrybutora, mój produkt trafia również do internetu. Taki sklep internetowy, żeby być lepszym od innych i przyciągnąć użytkowników, swoją marżę ścina niemal do zera. Dzięki temu, od razu ląduje na pierwszym miejscu w porównywarkach cenowych. licząc na to, że klient, który do nich trafi, kupi coś jeszcze. Ale to na nic. Klient następny tytuł również sprawdzi w wyszukiwarce i pójdzie tam gdzie będzie taniej. Na producencie-wydawcy wymusza się potężne rabaty. Tłumaczy się, że trzeba dotrzeć do klientów w sieci. Wydawca daje rabat po to, żeby te trzysta sklepów zrobiło wyścig o najniższą cenę. Tylko po co?
Ja uważam, że dobrym rozwiązaniem jest dać wyłączność jednemu sklepowi. Może się oczywiście podnieść zarzut, że to niesprawiedliwe. Ale jeśli to jest jeden, dwa sklepy – to one nie muszą konkurować ze sobą ceną. Mogą ją utrzymać na rozsądnym poziomie i pozwolić wszystkim na zarobek. Wtedy więcej pieniędzy trafi do wydawcy, produkt się szybciej zwróci. Pojawią się pieniądze na wydanie kolejnego tytułu.

Czyli rozwiązaniem jest ograniczenie punktów sprzedaży?

My poszliśmy dzisiaj jeszcze dalej. Sprzedajemy tylko u siebie. Po prostu marże sklepów są zbyt wysokie. A dystrybutorzy dodatkowo wymuszają rabaty, mówią. – Jak zrobisz przecenę, to my ci sprzedamy towar. – Ja sobie myślę – po cholerę? Przecież każdy może założyć sklep, wypozycjonować go i rozpocząć sprzedaż.

To chyba jest dobra odpowiedź na problem. Pominąć pośredników i sprzedawać samemu. Przy dzisiejszych możliwościach działania w sieci…

Moim zdaniem tak. Zresztą proszę zobaczyć co się dzieje. Większość wydawnictw zakłada swoje sklepy w internecie.

Ale oferta będzie wtedy rozproszona. Przydałoby się miejsce, w którym potencjalny nabywca dowiedziałby się o nowo wydanych tytułach. Taka wyszukiwarka…

Ale mogą powstawać właśnie takie strony jaką pan tworzy. Taki Papierofon.

Bardzo bym chciał.

Miejsca gdzie mogę przeczytać o tym, że coś takiego jest i jest dobre.

Wszystko ewoluuje.

Ile osób, – takich jak pan, jak ja – tyle będzie pomysłów. Mrożenie ceny jest jakimś rozwiązaniem. Ale to co ja powiedziałem, ograniczenie ilości punktów dystrybucji i cena adekwatna do produktu – to jest moje rozwiązanie

Lepiej nie przerzucać odpowiedzialności za istniejącą sytuację na państwo, tylko wziąć sprawy we własne ręce. 

Dzisiaj sklep internetowy, to nie są duże pieniądze. Kluczem jest towar. Czyli w przypadku naszej kooperatywy – „Wiedźmin”. Nieskromnie mówiąc, jeśli mamy taki produkt, to nie mamy potrzeby bycia w dwustu sklepach. Bo po co? Jakimś rozwiązaniem jest sieć sklepów w realu. One mają osobną wartość. Klient może wejść, dotknąć i kupić coś realnego, a to jest coś zupełnie innego.

Jednak ludzie chcą mieć pudełko?

Chcą mieć pudełko! Sprzedaż cyfrowa stanowi osiem, dziewięć procent całości. Ale to wcale nie znaczy, że nasz audiobook musi być dostępny wszędzie i za wszelką cenę. Największe ryzyko ponosi wydawca. Nie sklep, nie dystrybutor.

Procedura zwrotów…

To jest dopiero ciekawy model współpracy. Wszystko na rynku wydawniczym przekazuje się z pełnym prawem zwrotu.

Niesprzedane książki wracają do wydawcy i idą na przemiał – o czym nie mówi się głośno.

Dokładnie tak. Towar wraca do mnie – w stanie różnym – i to ja mam problem. Kiedy produkuję kosiarki, meble, czy cokolwiek innego, to tak łatwo sobie to wszystko ze sklepu nie wraca. A tu dystrybutor ma pełne prawo zwrotu. Ja oddając mu towar wystawiam fakturę. Wystawiam, więc teoretycznie coś sprzedałem – muszę zapłacić VAT. Rozliczenie ze sklepami nastąpi sześć do dziewięciu miesięcy później. Czyli płacę VAT dziś, a po pół roku mogę dostać zwrot płyt zamiast pieniędzy. Dystrybutor powie, że przeprasza, próbował sprzedać, ale mu nie wyszło. Dlatego wydaje mi się, że to jest jedyny kierunek. Producenci muszą zacząć sami sprzedawać.

Ryzyko wydaje się ogromne.

To wszystko po prostu kosztuje.

Spróbujmy to przybliżyć. Koszt wynajęcia studia?

Radiówka – 120 złotych za godzinę. To studio, w którym siedzimy (tu pan Błażej pracuje nad udźwiękowieniem, czyli złożeniem wcześniej nagranych głosów aktorów, muzyki i efektów dźwiękowych w całość) – kosztuje od 150 do 200 złotych. Oczywiście okładki przygotowujemy w domu sami. Ale nagrania robione są tutaj – studia to naprawdę spory wydatek.

Aktorzy?

To nie są duże wynagrodzenia. Odważę się powiedzieć, że aktorzy pracują z jakieś sympatii do nas. Ale koszt jako taki i tak jest olbrzymi.

Boję się zapytać…

Powiedzmy, że można mieć za to samochód. Bardzo dobrego, luksusowego SUV’a.

Za jeden audiobook?

Jedno słuchowisko.

Podziwiam, że Fonopolis i superNOWA zdecydowały się na tak ryzykowny krok.

Teraz na szczęście mamy jeszcze słuchaczy, którzy robią to razem z nami. Jest łatwiej. To jest kwestia potrzeby tworzenia fajnych rzeczy. Jeden idzie na ryby, a drugi robi audiobooki (śmiech). Dopóki to sprawia przyjemność nam wszystkim – jest ok.

Chyba jesteście ostatnią przystanią. Nie ma już wielu specjalistów pracujących przy słuchowiskach.

Jest ich już coraz mniej.

Mam nadzieję, że dobry klimat i szum wokół książek mówionych niedługo powróci. Dziękuję za zaproszenie do studia i rozmowę.


W najbliższym czasie…

Napiszę jak powinien wyglądać mój idealny audiobook.

Poprzedni artykuł:
Jak powstaje audiobook?

Wszystkie artykuły

Rozmowa z Błażejem Kuklą” skomentowano 5 razy:

  1. Super, więcej takich rozmów! Wywiadów z Panem Kukłą kilka już czytałem, nawet sam miałem okazję porozmawiać… ale nigdy za mało 😉

  2. To bardzo miłe słowa. Niestety największe podziękowania należą się mojemu rozmówcy – to nie jest żadna fałszywa skromność. Na własnej skórze poznałem jak trudną sztuką jest przeprowadzanie wywiadu.
    Wydaje mi się, że gdyby nie naturalna komunikatywność pana Błażeja, efekt byłby opłakany. Okazuje się, że stając twarzą w twarz z rozmówcą z głowy wylatuje całe przygotowanie, pytania…

    Ale człowiek się uczy, więc jestem dobrej myśli.

Dodaj komentarz